piątek, 6 czerwca 2014

Przeprowadzka...

Jak powiedziałam, tak zrobiłam. 

Od 2 czerwca można mnie znaleźć tutaj: 


Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim postem. Mam nadzieję, że choć część z Was przeniesie się ze mną do Filiżanki. 

PS. Powtarzam po raz kolejny, gdyby ktoś jeszcze potrzebował wytłumaczenia dlaczego zrobiłam tak, a nie inaczej - cały czas można pisać (kinga.godowska@vp.pl).  

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Pytanie...


Ostatnio Zakątek zaczął mnie męczyć. Chcę coś napisać, ale brakuje mi słów. Próbuję coś naprawiać, ale nie potrafię tego dobrze zrobić. Dochodzę do wniosku, że ten blog mnie ogranicza. Mam narzucone jasno i wyraźnie o czym mam pisać, jakie książki dobierać, nie wychodzić poza posty w stylu Magicznego kącika. I choć staram się przemóc, napisać o czymś, o czym chcę napisać, to nie mogę. Jakaś wewnętrzna zapora. Poza tym, gdybym to jednak zrobiła, Magiczny Zakątek przemieniłby się nie do poznania. A tego nie chcę. Denerwuję się na historię, na marne początki, na to, że nie umiem włączyć swoich tekstów i przeczytać ich ot tak, spojrzeć na nie jako postronny obserwator. Wkurzam się na to, co mogłam zrobić wcześniej, a nie zrobiłam. I dochodzę do wniosku, że w Zakątku napisałam już wszystko to, co napisać chciałam i nie mam już nic do dodania. 

Więc chcę nowego bloga. 

Bo mam masę pomysłów, inspiracji też masę, dużo książek, o których chcę Wam opowiedzieć, dużo muzyki do posłuchania, Dzwoneczka do pokazania, pewien wiersz do przeanalizowania i... wiele, wiele innych spraw do omówienia. Ale się boję. Boję się, że stracę Was, najlepszych Czytelników pod Słońcem. Boję się, że z Catherine się nie dogadacie. Boję się, że Filiżanka z miętą Wam nie posmakuje. 

Więc pytam...
Co mam zrobić? 

***
A teraz idę znowu czegoś poszukać...  

sobota, 24 maja 2014

Targi Książki w Warszawie (2014)

... czyli o dniu, na który czekałam prawie rok.

No więc... TARGI! W Warszawie. Na Stadionie. I dużo książków. 
I dużo blogerek czytających książki! Oo! I spotkanie też było! 

Blogowe selfie. 
Chyba nie muszę mówić jak bardzo jestem zachwycona? Tyle czasu czekałam na ten moment, kiedy w końcu poznam kogoś z naszej kochanej blogosfery i proszę.... Udało się! I na pewno nie jest to nasze ostatnie spotkanie!
Ogólnie rzecz biorąc nie umiem tego wszystkiego opisać słowami. Rozpiera mnie radość i chodzę cała w skowronkach. Miałam różne wyobrażenia na temat tego jak to się odbędzie i żadne z nich się nie spełniło, i bardzo dobrze, bo nie były zbyt pozytywne. Wyszło naprawdę fantastycznie, pomijając ten straszny zaduch, gorąco i to, że teraz nie mogę chodzić. 

We trzy kupiłyśmy sobie Złodziejkę książek, no i oczywiście trzeba było uwiecznić tę chwilę. Szkoda tylko, że Paulina ma okładkę filmową, ale już trudno. Nie mogę, nie mogę, nie mogę się odczekać lektury! Ta książka chodzi za mną od dawien-dawna i świadomość, że nareszcie ją mam jest przecudowna! 

  
Oczywiście też musiałam się wybrać z Emilią na spotkanie autorskie z panem Ostrowskim. Odważna Kinga powiedziała, że nazywa się tak i tak, jest z tego i tego bloga i... okazało się, że mnie poznano! Jej, to było takie miłe usłyszeć, że pisze się z taką wrażliwością jak Catherine. Jej... Brak słów.



Następnie wybrałyśmy się do pani Gutowskiej-Adamczyk. Też super. Po raz kolejny usłyszałam, że czytam bardzo dorosłe książki. W sumie to nic nowego. Może się człowiek przyzwyczaić. W każdym razie mam nadzieję, że moja przygoda z twórczością tej pani będzie tak niezwykła jak się wydaje! A Ema została rozpoznana i chodziła później cała podekscytowana. Ale się zrymowało. :D

  

A teraz przyszła pora na pochwalenie się tym, co udało mi się złowić, a mianowicie:


Ocean na końcu drogi - Neil Gaiman 
Trzy metry nad niebem - Federico Moccia
Dopóki śpiewa słowik - Antonia Michaelis
Złodziejka książek - Markus Zusak
Cukiernia pod amorem. Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

No to tyle. Nie będę Was już męczyć, bo pewnie i tak większość przeleci tego posta tylko po zdjęciach. Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wspaniałe spotkanie! Mam nadzieję, że uda się jeszcze takie powtórzyć! <3

niedziela, 18 maja 2014

Spacerkiem przez blogi...


Jakiś czas temu Mery nominowała mnie do pewnej zabawy. Polega ona na polecaniu swoich ulubionych blogów. W takiej liście mojego autorstwa na pierwszym honorowym miejscu byłaby oczywiście Mery, ale jako, że to ona właśnie zaprosiła mnie do zabawy... Powiem tylko, że cierpię strasznie, bo postanowiła Krainę zamknąć. A to dla mnie cios prosto w serce. Po prosto nie wiem, gdzie mam się podziać skoro jej z nami w blogosferze nie ma. Smutno mi, że nie napiszę jej już arcydługiego komentarza, nie poczytam z zachwytem jej tekstów, nie poznam kolejnych polecanych przez nią książek, nie zobaczę wygrzebanych wierszy, odkrytych śliczności z internetów.

alfabetycznie 


Blog z którego Autorką bardzo się lubimy (dobra, nie wiem czy jest to relacja obustronna). A same recenzje lubię za lekkość, ciepłe pióro, z nutką humoru i pozytywnego nastawienia do wszystkiego. Potrafi znaleźć w każdej książce jakiś plus i minus. Ożywia blogosferę, sam jej komentarz zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Choć gusta mamy różne, to spokojnie możemy się dogadać. I tak, zobaczysz, przeczytam całą (CAŁĄ!) "Jeżycjadę"!


Chyba nigdy nie zdołam przeczytać wszystkich postów. Kiedyś było mnie tam zdecydowanie więcej, teraz, ilekroć tam wchodzę, przytłacza mnie ilość wyrazów, żyraf i nie wiem co czytać, gdzie zostawić po sobie ślad. Tu czy tam? Jednak Czytelnia to nadal ten z blogów, który ma niezwykły klimat i Basię, zapewne codziennie uśmiechniętą. Zazdroszczę pogody ducha i masy pomysłów.



Czyli blog Asi, którą często trzeba pocieszyć. A ja się staram to robić jak tylko mogę i jak widać - na razie jest dobrze. A w tych książkach, które poleca, mogę znaleźć coś interesującego, mimo naszych odmiennych charakterów i odmiennych zdań na większość tematów. Bo ja lubię tam zaglądać i patrzeć, co bym mogła chwycić na nudny, zazwyczaj letni, wieczór.    


Blog mojego ukochanego introwertyka. Mojej najlepszej słuchaczki, mojej bliźniaczki, mojego Topolka. Choć gust książkowy raczej różny to łączą inne sprawy. A na jej bloga uwielbiam zaglądać, choć ostatnio było jej tam malutko, to teraz wraca i rusza pełną parą.


Czyli blog osóbki, którą już niedługo zobaczę na własne oczy! Nie mogę się doczekać! Z Emą od razu jest lepiej. Bo Ema pisze ładnie, zgrabnie i ślicznie dobiera słowa i ja, jak obiecałam, będę kiedyś lecieć do księgarni. Poza tym gusta, do pewnego momentu były niemalże identyczne. Teraz troszeczkę się zmieniły. Ale i tak łączy nas nadal miłość do najważniejszej książki. I to jest piękne. I myślę, że to właśnie Ema jest mi w tym internetowym światku najbliższa.  


Autorka niezwykle zmienna. Zakładająca bloga, prowadząca go trochę i przemieszczająca się na kolejnego. Zajmująca różne zakamarki i poznająca różne książki. Jednak ta strona będzie chyba strzałem w dziesiątkę. Moja kobieca intuicja. Dopiero ukazały się trzy posty, a ja już przeczuwam sukces. Alaska staje się powoli dla mnie wzorem do naśladowania.


Młodziutki blog. Ale łapię się na tym, że coraz częściej tam zaglądam. Coraz bardziej interesuje mnie co tam słychać. I dochodzę do wniosku, że jest tam bardzo przyjemnie, oby tak dalej.


Za każdym razem gdy mam czas - zaglądam właśnie tam. Zaskakują mnie recenzje Autorki, pięknie napisane, idealnie ubrane odczucia w zdania. Genialne. Niesamowite. Cały czas się dziwię - jak ona potrafi tak cudownie pisać? Muszę koniecznie tego bloga dokładniej poznać, poczytać, pozachwycać się jeszcze.


Jedne z lepszych recenzji z jakimi mogłam się spotkać. Dużo emocji zawartych w małej ilości literek. Dużo wiary. W Boga. Dużo nadziei. Dużo tego wszystkiego, czego nigdzie indziej znaleźć się nie da. Dobrze, że Julka jest. Niewidzialny duszek, dodający potajemnie siły.


Tam zawsze jest porządek i ład. Wszystko ma odpowiednią etykietkę, odpowiednią kategorię. I co tu ukrywać - jest miło. Biało, trochę czerwono, schludnie. I jest tam o tym, o czym lubię czytać, czyli o moich ulubionych książkach.  

(nominowane przez Mery)

To tak na dodatek, jako jedenaste miejsce, jeszcze nie do końca pewne. Obydwa blogi odkryłam już wcześniej, ale dopiero od wczoraj przeglądam teksty, czytam i patrzę. I przewiduję, że zostanę na dłużej...










Wszystkich wymienionych zapraszam serdecznie do zabawy, z chęcią poznam Waszych ulubieńców. Szkoda tylko, że tak mało miejsca, dodałabym jeszcze parę internetowych zakątków.
A ja tymczasem idę brać się za naukę, z przerwami poznając "Annę Kareninę" i powstrzymując się od wyciągnięcia tej czekolady leżącej w szafce....

piątek, 16 maja 2014

"Opium w rosole" - Małgorzata Musierowicz


Och, ile ja słyszałam o Jeżycjadzie! Każdy chwali, zachwyca się i poleca. Mówi, że to taka świetna seria dla młodzieży. Pouczająca, ale jednocześnie przyjemna. I kochana, uwielbiana przez wielu... Jednak moje koleżanki nie potrafią jej przełknąć, przychodzą i żalą się, że to takie głupie. A ja tylko kiwam głową, w prawo i w lewo, do góry i do dołu, mówiąc, że trochę się zgadzam, a trochę nie. 

Książka mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się Maćka krzyczącego co pewien czas: "Jasna cholera psiakrew". Nie wiedziałam, że poznam małą dziewczynkę, o różnych wcieleniach, która będzie dodawała mnóstwo słońca. Ani Kreski, mojej ulubionej bohaterki tej powieści, która nada opowieści kolorów, eliminując wszystkie szarości. 

Reszta... reszty nie polubiłam. Pani Jedwabińska niesłychanie mnie irytowała, chociaż próbowałam ją zrozumieć, to jednak... nie potrafię. Uważam ją za głupią (tylko nie rzućcie się na mnie z nożami). Podobnie sprawa ma się z innymi, których nie wymieniłam w poprzednim akapicie. Żyjące na kartkach szablony każdy stworzyć potrafi, jednak, aby wyszły poza litery... to dopiero jest sztuka. 
   
Styl Musierowicz niespecjalnie przypadł mi do gustu, odbierałam dialogi jako sztuczne i nienaturalne, a opisy, hm, na pewno dobre, jednakże to nie moja planeta. Tego typu literatura nigdy do mnie nie trafiała, co więcej, omijałam ją szerokim łukiem. Jest po prostu zbyt.... idealna? Choć może to niezbyt dobre określenie.... Więc powiem, że brakuje jej rozmachu, lekkości, takiej prawdziwej. Takiej, którą jest w stanie stworzyć tylko pisarz, wchodzący w pewnego rodzaju trans, a nie wiedzący, że pisze własną książkę. Brakuje mi... czegoś. Jeszcze tylko nie mogę odkryć, co to jest.

Mimo to, podobało mi się. "Opium w rosole" jest warty uwagi, sądzę nawet, że większość czytelników jest oczarowana lub dopiero będzie. Ja jestem jednym z wyjątków, które książkę odebrały ciepło, aczkolwiek uważają, że mogło być znacznie lepiej. Bo w końcu, zawsze może.  

środa, 14 maja 2014

Tres metros sobre el cielo

A wszystko przez jeden głupi dzień. Jeden głupi moment. Jedną głupią chwilę, kiedy obejrzałam kawałeczek tego filmu na lekcji. Tylko kawałeczek, taki króciutki...  A skończyło się na tym, że poszłam spać po pierwszej w nocy, bo patrzyłam się jak głupia w monitor komputera, oglądając idiotyczny film, zastanawiając się jaki będzie koniec i czy spełnią się moje nadzieje...

A potem odtwarzając w kółko to - Dorian: La Tormenta de Arena. Przypominając sobie wciąż i wciąż dźwięk tej melodii nawet gdy nie była włączona i oglądając rozgrywające się sceny przed moimi oczami. Po trosze prawdziwe, po trosze wymyślone.

A to miało być taaakie romantyczne! Takie ładne, zgrabne i szczęśliwe!
Gdzie? Gdzie, pytam.
Wymarzyłam sobie produkcję pełną uśmiechów, pierwszych miłości, przyjaźni i wolności, ze szczęśliwym zakończeniem, oczywiście.  
I co?
Zakończenie ma straszne, ale równocześnie takie prawdziwe.
I dogłębnie mnie poruszyło, ale nie było łez. Nie było. Był głęboki smutek, przygnębienie i zawód, że skończyło się tak, a nie inaczej.

A potem uruchomiłam wszystkie szare komórki, zaczęłam roztrząsać sytuacje, uśmiechy, słówka i zachowania. I doszłam do wniosku, że tak być musiało. Bo inaczej wyszłoby głupio, naiwnie i tanio. Zupełnie bez sensu. 

A tak... 

A tak jest ładnie. Nawet więcej niż ładnie. Pięknie.


Ale o czym jest ta historia?

Jest o miłości. Jest o pierwszej miłości. Jest o buncie. Jest o stracie. Jest o Babi. Jest o Hache. Jest o przeciwieństwach. Ona jest doskonała. Z dobrego domu, wzorowa uczennica, zawsze posłuszna i dobrze wychowana. On jest nieodpowiedzialny, burzliwy, impulsywny, żyjący chwilą. Biorący udział w nielegalnych wyścigach motocyklowych. I oboje... wiadomo. Brzmi znajomo, prawda? Ale nie jest przewidywalnie. Jest inaczej.     


Spenetrowałam każdy centymetr internetów w poszukiwaniu informacji...
... oj, dużo się dowiedziałam, dużo. I wcale a wcale mi się nie podoba to, co wiem teraz. Szczerze?Jestem załamana. No, bo przecież, tak nie może być!

Jednak.... przeczytam książkę. Pierwszą i drugą część. I potem obejrzę raz jeszcze. Obejrzę po raz pierwszy tę drugą część. O ile się przełamię. I może też zerknę na włoską wersję. A co z trzecią? Będzie w ogóle? Ktoś coś wie?

Na razie nie chcę o tym myśleć. Na razie tym się zachwycam.


Wznieście się.
Trzy metry nad niebem.

wtorek, 13 maja 2014

Wyniki konkursu!

Chciałabym się pożalić i ponarzekać na różne rzeczy, ale stwierdziłam, że odpuszczę sobie i nie będę Was męczyć. Powiem tylko, że obejrzałam wczoraj wyjątkowo idiotyczny film (czytaj: genialny!) i nie mogę się teraz otrząsnąć, więc... może niedługo coś o nim naskrobię. Ach, no i jest to ekranizacja książki, której nie czytałam, ale ponieważ widziałam, że jest w bibliotece to na pewno niedługo ją wypożyczę i poznam. 

A teraz wyniki...


"Zabójczy księżyc" wygrywa....


... mam namyszy




"Mroczna bohaterka. Kolacja z wampirem" wygrywa...

... Dzosefinn Black!





Gratuluję! :)

sobota, 10 maja 2014

"Bóg nigdy nie mruga" - Regina Brett

"Zawsze miałam wrażenie, że w chwili moich narodzin Bóg akurat mrugnął. Przegapił je i nigdy się nie dowiedział, że przyszłam na świat."  

Czasami w swoim życiu trafiamy na moment na krawędzi, kiedy próbujemy się czegoś uchwycić, ale nie wiemy czego... Kiedy czujemy jakby niebo waliło się nam na głowę. Tracimy zainteresowanie wszystkim tym, co nas otacza. Stajemy się obojętni. I straszna staje się myśl, że książki które jeszcze parę dni wcześniej czytaliśmy z tak wielką przyjemnością teraz stały się dla nas mniej ważne. Spędzałam godziny na zagłębianiu się w zadania z matematyki, chemii, fizyki i ucząc się kolejno ze wszystkich przedmiotów. Może to dziwne, ale nauka stała się dla mnie deską ratunkową. Mimo zmęczenia i tego, że powoli nie dawałam już sobie z nią rady. Więc gdy tylko dowiedziałam się, że istnieje taka książka jak "Bóg nigdy nie mruga" od razu zapragnęłam ją poznać. Zdobyłam ją jak najszybciej się dało, otworzyłam na pierwszej stronie i napisałam: "Będziesz moim wyzwoleniem." I rzeczywiście, stała się nim.

"Bóg nigdy nie daje nam więcej niż potrafimy udźwignąć. Niektórzy z nas potrafią znieść więcej, inni mniej. Nawet jeśli dostaniemy do dźwigania część nieba, nie będzie to ciężar. Będzie to dar."

Regina Brett mówi, że "Życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre". Mówi o następnym właściwym kroku. O czasie, który trzeba wykorzystać jak najlepiej. Porusza kwestię nas samych, jak odbieramy innych, jak inni odbierają nas. Wiem, że to niemożliwe, ale mam wrażenie jakby weszła do mojego własnego serca i dokładnie je przeszukała. Mówi o różnicach zdań, konfliktach i jak z nich wybrnąć w rozsądny sposób. Uświadamia, że łzy to nie jest nic złego. Mówi, że mamy prawo rozgniewać się na Boga, bo On to wytrzyma. Radzi jak pogodzić się z przeszłością i nie roztrząsać wciąż tych samych spraw na nowo. Porusza temat pisania własnej książki, mówi jak nie pisać. Każe uwierzyć w cuda. Uczy wybaczać, oddychać, prosić, ustępować i zawsze wybierać życie. A przez to przewija się miłość, bo Bóg jest Miłością.   

"Bóg cię kocha, bo jest Bogiem, a nie dlatego, że coś zrobiłeś albo czegoś nie zrobiłeś." 

Muszę przyznać, że felietony pani Brett naprawdę sprawiły, że uwierzyłam. Co prawda, wierzyłam już wcześniej,  ale wiarą zachwianą, niepewną i wątpliwą. Teraz jestem zdecydowanie bliżej tej trwałej, mocnej i dobrej, która będzie wypełniać moje serce do końca. Ale osoby niewierzące też znajdą tu coś dla siebie, bo teksty autorki są zdumiewające i magiczne, nic nie narzucają, a jedynie w delikatny sposób próbują przemówić do czytelnika.

"To wybór, a nie przypadek, decyduje o twoim przeznaczeniu. Sam musisz zdecydować, ile jesteś wart, jaką odgrywasz rolę w świecie i w jaki sposób nadajesz mu sens. Nikt inny nie dysponuje tym, co ty - twoim zestawem talentów, pomysłów, zainteresowań. Jesteś oryginalnym egzemplarzem. Arcydziełem."

Książka Reginy Brett podniosła mnie na duchu. Sprawiła, że zapomniałam o błahostkach, pozwoliła przemyśleć parę istotnych kwestii, zrozumieć wiele rzeczy i wypełniła tę pustkę w środku, której nic innego nie było w stanie zapełnić. Teraz znaczy ona dla mnie tyle, że nie jestem w stanie wyrazić tego słowami. Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych i najbardziej wartościowych lektur jakie dane mi było poznać. 

"Nie przesadzaj. Świat się nie kończy. To tylko turbulencje. Samolot jest bezpieczny. Ma dobrego pilota. Siedzisz na właściwym miejscu. Trafiłeś po prostu na potężny wir. Poczekaj. To minie."
     
Na końcu zadałam sobie pytanie: Za co ja, chciałabym zostać zapamiętana?

wtorek, 6 maja 2014

Moja ulubiona książka...

Wiele razy układałam sobie w głowie, jak zacznę ten tekst. Widziałam dokładnie każdą linijkę i każde słowo, ale gdy usiadłam przy komputerze to jakoś nagle... zniknęło. Bo czy są słowa, które w pełni oddadzą to, jak bardzo kocha się swoją ulubioną książkę?

Czytanie "Przeminęło z wiatrem" jest pewnego rodzaju oczyszczeniem, zatrzymaniem się i zawiśnięciem w próżni. To chwila, a raczej mnóstwo chwil, kiedy czas staje w miejscu. Nigdy nie potrafiłam czytać tej powieści szybko, pożerając strony dziesiątkami. Zawsze czytałam wolno, poświęcając każdej kartce maksimum uwagi.

Wydaje mi się, że dopiero teraz w pełni zrozumiałam bohaterów i to, co chciała przekazać nam, czytelnikom, Mitchell. "Chciała być oceniana na podstawie tego, co napisała, a nie tego, co powiedziała, jak się ubierała, co lubiła i czego nie lubiła."* Wzięłam sobie to mocno do serca i postanowiłam się do tego stosować.

Nie lubię Scarlett z całego serca, a powodem tego jest to, że jest zbyt do mnie podobna. Nigdy w literaturze nie spotkałam się z tak doskonale wykreowaną postacią. Dumną, nietaktowną, wyniosłą, upartą, kłótliwą, samolubną, próżną, kłamliwą. Zaniedbującą dzieci. Wykorzystującą i rujnującą każdego, kto ją kocha. Nie przejmującą się tym. Nie umiejącą dogadywać się z ludźmi i mającą zaprzepaszczoną pozycję w towarzystwie. Najważniejsze były dla niej pieniądze. Była w stanie zrobić wszystko, aby tylko je zdobyć. I nie miała wyrzutów sumienia. Chyba jedyną jej dobrą cechą była odwaga. Odwaga, którą jednak przeplatało też tchórzostwo. Chyba nikt, tak świetnie jak ona, nie potrafił wmawiać samemu sobie nieprawdy. 

Z Rhettem i Ashleyem sprawa ma się zupełnie inaczej. Rozumiałam ich, ale rozumiałam inaczej niż Scarlett. Scarlett zawsze była mi bardzo bliska, nie denerwowałam się na nią aż tak bardzo jak powinnam, bo też pojmowałam w pełni jej postępowanie. Sama zrobiłabym tak samo na jej miejscu. Rhett i Ashley są do siebie bardzo podobni, a jednocześnie zupełnie różni. I obydwu ich traci, razem ze wszystkim, co już straciła.

I została się jeszcze Melania. Prawdziwa dama, ale głupia. Głupia, bo ślepo wierzy we wszystko co jej powiedzą i nie potrafi dopatrzyć się niczego złego w ludziach, których kocha. A oprócz tego miła, łagodna, dobra, pomocna... Chciałabym być taka, ale wiem, że nie będę. Mela stanowi dla mnie takie marzenie, przykład, jak dobrze postępować. Autorytet, na którym powinnam się wzorować, ale nie potrafię.

Miłość i nienawiść. Kłamstwa i szczerość. Brutalność i łagodność. To wszystko i jeszcze więcej, miesza się się tu. I tak właściwie nie wiadomo komu wierzyć. Bo same postaci już się chyba pogubiły i nie wiedzą gdzie dalej iść. Większość żyje tym, co było i minęło, i nie wróci więcej. A reszta żyje teraźniejszością i stara się nie patrzeć w przyszłość. Pomyślę o tym jutro, powtarza Scarlett, a ja się martwię czy jutro będzie, a jeśli będzie, to czy nie będzie wtedy za późno. 

Stare wydanie "Przeminęło z wiatrem" jest podzielone na trzy części. Pierwsza z nich kojarzy mi się ze słońcem, ładną pogodną, ciepłem i beztroską. Przez drugą i trzecią przechodzi, kolejno, grad, deszcz, burza, huragan i tornado. I niszczy to, co spotka na swojej drodze. 

To nie jest książka o miłości. To książka o życiu i o ludziach, którzy zostali złapani w jego śmiertelną pułapkę. A to wszystko przeplata widmo wojny. Raz błyszczące złowrogo, a innym razem chowające się za chmurami. A ludzie tutaj się mijają, to chyba najlepsze określenie, bo mijali się zawsze. Nie mogli odnaleźć wspólnej drogi. 

Zakończenie pozostaje otwarte... Każdy czytelnik może wybrać sobie swój własny koniec i... 

Ja gdy pierwszy raz przeczytałam "Przeminęło z wiatrem" wiedziałam, że szczęśliwy koniec nie jest możliwy, ale wmawiałam sobie, że może jednak, może... I nadal nie umiem sobie tego wyobrazić. Znam bohaterów, jak swoją własną kieszeń. Wiem, czego mogę się po nich spodziewać, jak postąpią. Niemożliwością jest, aby byli szczęśliwi. Zawsze czegoś zabraknie. Próbowałam wymarzyć sobie szczęśliwą historyjkę następującą zaraz po tym, co napisała Margaret, ale za każdym razem znajduję w książce cytat, który przekreśla moje nadzieje...             
     
* "Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów" - Ellen F. Brown, John Wiley, JR  

niedziela, 4 maja 2014

"Dary Anioła. Miasto zagubionych dusz" - Cassandra Clare

"- Nic mnie to nie obchodzi - oświadczyła Clary. - On by to dla mnie zrobił. Tylko powiedz, że nie. Gdybym zginęła...
- Spaliłby cały świat, żeby móc wykopać cię z popiołów."

Piąty tom serii "Dary Anioła" czytałam dość długo. Czytałam wieczorami, gdy fabuła stawała się tak nieskończenie interesująca, że nie można się było oderwać. Czytałam trochę w południe i rano przekartkowywałam. Ale... czytałam pomiędzy innymi książkami, bo nie umiałam skupić się całkowicie na "Mieście zagubionych dusz". Cały czas mi coś nie pasowało. 

Co się stało z tą serią, którą znałam i lubiłam wcześniej?

Zmieniła się. Na gorsze. 

Mówi teraz o tym, że Jace stał się sługą zła związanym na zawsze z Sebastianem i prawie nikt już nie wierzy, że można go uratować. Poczytałam sobie trochę jak Clary się użala, że Jace nie jest jej prawdziwym Jacem. O dziwnej relacji Aleca i Magnusa (nie jestem niestety tolerancyjna w tego rodzaju sprawach), która mnie niesamowicie irytowała. Był też wątek Mai i Jordana, który nic do fabuły nie wnosił i okazał się całkowicie niepotrzebny, a do tego nieciekawy. Chyba służył jedynie po to, aby powieść miała większą objętość. A uwierzcie, że przez te 550 stron właściwie nic się nie dzieje. Jeśli chodzi o Isabelle i Simon`a to czy ten wątek nie jest czasem trochę, hm, wymuszony? No bo sorry, ale ci bohaterzy nie mogli się aż tak zmienić! A najbardziej Iz, to już nie jest ta sama dziewczyna, którą poznaliśmy w pierwszych trzech tomach. Natomiast Simon stał się w miarę znośny. Ale nie zmienia to faktu, że i tak go nie lubię. 

"Moje serce jest twoim sercem. Moje ręce twoimi rękami."

Styl jakim posługuje się Cassandra Clare jest miły, lekki i przyjemny, ale jak dla mnie zbyt... prosty? Bo ja do historii tego typu chciałabym pióra barwnego, kwiecistego i takiego, którym można będzie się zachwycać. Cały wykreowany przez autorkę świat jest bardzo ciekawy, ale... nigdy nie potrafiłam go sobie dokładnie wyobrazić. Potrzebuję więc pióra, które podziała na wyobraźnię. Takiego, które zaserwuje jakieś ładne opisy, a tu... tego nie ma. Za to dialogi wychodzą pisarce naturalnie i dość zgrabnie. Sprawia to, że czyta się w niemal zabójczym tempie. 

"Chyba zawsze brakowało mi kawałka duszy i znalazłem go w tobie."

Właściwie to nie wiem co myśleć o tej książce. Było znośnie, ale mogło być znacznie lepiej. Mam wrażenie jakby autorka pisała na siłę i przeciągała wszystko jak tylko się da. To nie jest to, co znalazłam w "Mieście kości". Jedynym moim pocieszeniem jest fakt, że czeka nas jeszcze finał i może... Może zwali on czytelników z nóg?

czwartek, 1 maja 2014

Łamać zasady

Na podstawie obserwacji, proszę, nie bierzcie tego aż tak do siebie.

Celem tego posta jest to, abyście zastanowili się trochę nad swoim czytelniczym życiem...


Czasami odnoszę wrażenie, że blogosfera gdzieś się zgubiła, nie mówię oczywiście o wszystkich, ale jednak o większości. Zgubiła się wśród wydawniczych nowości, comiesięcznej rutynie i recenzjach pisanych według określonego schematu...

Więc pytam.

Po co Wam podsumowania co miesiąc?

Okej, tak, tak, rozumiem, że dobrze jest wiedzieć ile się przeczytało, fajnie jest pochwalić się wynikami i wzrastającymi statystykami, ale jaki ma to sens?
Potencjalnego czytelnika nie interesuje ile Ty, blogerze, będziesz czytał każdego dnia stron i czy pochłoniesz książek parę, czy paręnaście. Naprawdę lubię cyferki, lubię matematykę, ale gdy jest ich za dużo to też niedobrze.

W czym nowości są lepsze od starych książek?

Bo co? Bo mają piękną szatę graficzną? Tylko tyle, bo przecież treści to one w ogóle nie mają. Nie wszystkie, ale większość. Mi samej zdarza się sięgać po najnowsze lektury na rynku i nie widzę w tym nic złego, ale proszę, wracajmy też do tych zapomnianych dzieł. Nowe nie znaczy lepsze. Podobno książki żyją tylko wtedy, gdy są czytane (nie pamiętam już gdzie to słyszałam), a więc te napisane parędziesiąt lat temu też potrzebują nowego życia, czyli nowego czytelnika. One nie chcą być na strychu pod stertą niepotrzebnych już gratów. Tak, uważam, że książki mają duszę. Duszę, którą autor im zaprojektował.

Czy recenzje mają... schemat?

Gdzieś kiedyś trafiłam na wypowiedź blogerki, która napisała, że pisze recenzje według wzoru. Smutne, ale prawdziwe. Zmęczyło mnie odwiedzanie blogów, gdzie co drugi tekst jest do siebie podobny. Nie interesuje mnie akcja, kreacja bohaterów itp. Interesuje mnie to, co czytelnik czuł zatapiając się w lekturze. Jakie emocje, jakie wrażenia, jakie odczucia. Uwierzcie, że nawet najgorszy gniot ma w sobie coś, co warto zapamiętać. Dla mnie książki są jak ludzie. Z jednymi się dogadasz, a z innymi nie. Ale każda z nich pozostawia po sobie ślad. 

Najpierw książka, potem film?


http://weheartit.com/
Skąd ta zasada?
To, że przeczytasz książkę i za trzy lata dowiesz się o tym, że powstała ekranizacja, pójdziesz do kina i obejrzysz, to wcale nie czyni cię lepszym. Większość twierdzi, że oglądając najpierw film psujemy sobie przyjemność z czytania, albo nawet już nie sięgamy po wersję papierową. Dobra, ale czytając jako pierwszą książkę psujemy sobie przyjemność z oglądania. Logika?
Chcesz najpierw obejrzeć ekranizację? Nie ma problemu, nikt cię przecież za to nie zastrzeli.    
Kochani, róbmy tak, jak nam się podoba.

Ilość a jakość?

Co się stało z czytaniem tylko i wyłącznie dla przyjemności? Teraz czytamy szybko, nie zagłębiając się w treść, pobieżnie albo same dialogi, bo przecież trzeba skończyć (przykładowo) do wtorku, napisać recenzję, opublikować... Byle szybciej, żeby mieć to już z głowy. A może warto się na chwilę zatrzymać? Gdzieś w tym tłoku zniknęły nasze ukochane książki. Zniknęło odkrywanie paręnaście razy tych samych stron. Zniknęły egzemplarze tylko nasze - pomazane ołówkiem, którym zaznaczamy cytaty, złote myśli i kreślimy zdania na marginesach. Z pozaginanymi stronami i śladami wielokrotnych powrotów. A tutaj nasuwa się pytanie...

Czy dbamy o książki?

Jak wspomniałam wyżej, nie widzę nic złego w zaginaniu kartek. Bardzo często czytam w wannie, nie przeszkadza mi to, że strony są później pomoczone i przesiąknięte parą (wyschną przecież). Ale oprócz tego dbam. Staram się przynajmniej.
Wracając jednak do poprzedniego tematu...

Jak udaje wam się czytać tak dużo? 

Cały dzień siedzicie z książką przed nosem? Często wydaje mi się, że co poniektórzy blogerzy żyją tylko i wyłącznie swoim blogiem. Macie jakieś życie poza nim? Pewnie tak... Nie widzę nic złego w tym, żeby zrobić sobie przerwę od czytania. A większość traktuje to jako grzech śmiertelny albo największą zbrodnię. Dlaczego? Książki to pasja, nie wolno się do niej zmuszać. Ja też bardzo często nie mogę znieść nawet jednej strony więcej, czuję jakbym była już tym wszystkim zmęczona. Przez większość swojego życia nie czytałam i odkąd zaczęłam bardzo się zmieniłam, a jednak nie mam nic do osób, które nie znajdują przyjemności w dobrej powieści. Nie wszystko jest dla każdego. Poza tym, nie sądzicie, że gdyby każdy czytał świat byłby nudny? 
http://weheartit.com/

A co ze statystkami? 

Podobno są bardzo niskie. Coraz mniej ludzi czyta i tak dalej... 
Powiem wam coś - mam gdzieś statystki. Mnie ktoś badał? 
No właśnie. 
Wystarcza mi świadomość, że w moim otoczeniu ludzie czytają. Że dzielą się ze mną swoimi wrażeniami. Że pytają, co mogę im polecić. Że rozmawiają ze mną o książkach. Wystarcza mi widok coraz to nowych twarzy w bibliotece. I to napełnia moje serce szczęściem. 

sobota, 26 kwietnia 2014

O czytelniczych planach na najbliższy czas...

Nie wytrzymam i muszę się pochwalić swoim nowiutkim nabytkiem, którym jest egzemplarz książki Zimowa opowieść. Cena jest po prostu zabójcza, no ale nie zdołałam się powstrzymać. Ta powieść chodziła za mną od dnia premiery. Nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę, że już jest moja i leży sobie spokojnie na półeczce czekając aż się za nią zabiorę. Mam nadzieję, że środek okaże się tak ujmujący jak oprawa graficzna i będę mogła się zachwycać.

Na następnym zdjęciu widnieje mój prezent od wujka. Czuję, że mama była z nim w zmowie, ale nie chce się przyznać. W każdym razie niespodzianka jest cudowna, bo od dawna sama planowałam zakupić Ptaki ciernistych krzewów. Muszę także wspomnieć o wydaniu, które w rzeczywistości jest prześliczne. Jestem w trakcie czytania tej książki, ale nic nie zdradzę oprócz tego, że pasowałoby się nią powoli delektować, bo szybko się skończy. 

A teraz przyszedł czas na Don Kichota z La Manczy. Ile ja się przy tej książce wycierpiałam? Dużo, bardzo dużo, a najgorsze jest to, że zawzięłam się i zamierzam ją skończyć. Przeraża mnie fakt, że jestem dopiero na 462 stronie z 1024. Jedyne co przychodzi mi w tej chwili na myśl to słowa "Co cię nie zabije, to cię wzmocni". A ja myślałam, że najgorsze książki na świecie mam już za sobą... Cóż, przeliczyłam się. Tej nic nie jest w stanie pobić. 

Ostatnie zdjęcie przedstawia piąty tom serii Dary Anioła oraz Opowieść Rebeki. Zatrzymałam się na 251 stronie Miasta zagubionych dusz i za nic nie mogę ruszyć dalej. Nie mam pojęcia czemu. Natomiast jeśli chodzi o pozycję z prawej strony to jest to kontynuacja "Rebeki" Daphne du Maurier tylko szkoda, że innego autora, ale i tak postaram się przeczytać. Oczywiście jeśli pani przedłuży mi termin w bibliotece.  

To chyba byłoby na tyle. Dodam jeszcze, że udało mi się przeczytać większą połowę Przeminęło z wiatrem. Przez Święta stwierdziłam, że pasowałoby zrobić sobie powtórkę z rozrywki. Myślę, że taki powrót dobrze na mnie podziałał, jednak teraz muszę swoją ukochaną książkę na trochę odłożyć. Wypadałoby wziąć się za naukę, bo w poniedziałek do szkoły. A wiadomo, że jeśli będę miała przy sobie PZW to niczego nauczyć się nie będę w stanie... 

sobota, 19 kwietnia 2014

"Szeptucha" - Iwona Menzel

Jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak bardzo, że skończyłam czytać książkę. W moim serduszku zakiełkowała ulga. Nareszcie, pomyślałam, koniec. Nie zniosłabym już ani strony więcej. 

W zagubionych wśród nadbiebrzańskich bagien Waniuszkach modlitwą i ziołami leczy się stara Oleszczukowa. Kiedy niespodziewanie umiera, wieś oczekuje od jej wnuczki Oleny, że będzie kontynuowała rodzinną tradycję. Olena rezygnuje z marzeń o studiach medycznych i zostaje wioskową szeptuchą.

Życie w Waniuszkach wciąż jeszcze opiera się na niewzruszonym fundamencie zasad, tradycji i Słowa Bożego. Wszystko ma tam swój ład, ludzie czynią to, co do nich należy, każdy wie, gdzie jest jego miejsce. Jednak nawet i do Waniuszek nieuchronnie nadciąga nowe. Legenda o tajemniczym pustelniku, który na uroczysku Łojmy zbierał popsute lalki i przybijał je do drzew, sprowadza znanego filmowca z Warszawy, Alka Litwina. Olena znajduje w Alku przyjaciela i powiernika, z którym może się podzielić sekretami swojej sztuki i najskrytszymi myślami. Po raz pierwszy w życiu nie czuje się samotna...*

Spodziewałam się lekkiej i klimatycznej opowieści, której fabuła niesamowicie mnie zauroczy. Moje nadzieje pękły jak bańki mydlane zaledwie po trzynastu stronach. Dalej było już tylko gorzej. Zmuszałam się do brnięcia przez kolejne linijki i "patrzyłam" na kolejne idiotyzmy, które serwuje nam autorka. Nie mogłam nadziwić się głupocie bohaterów. W końcu nie wytrzymałam i stwierdziłam, że gdyby była ku temu możliwość to weszłabym do tej książki z nożem w ręce i wszystkich bym ukatrupiła. I wcale nie byłoby mi przykro.  

Styl pisarki kuleje, a dialogi mają w sobie tyle sztuczności, że czytać ich się po prostu nie da. Opisy jakie serwuje Menzel nudzą i nic wartościowego do fabuły nie wnoszą. Są chyba jedynie po to, aby powieść była grubsza. Autorka posługuje się niezbyt przyjemnym piórem, wplatając w nie jakąś chorą ironię i używając przekleństw w nieodpowiednich miejscach. Opisuje niesmaczne sytuacje, o których ja nie miałam najmniejszej ochoty czytać i sieje zgorszenie na każdej kartce. Przez większą część lektury towarzyszyła mi też dezorientacja. Próbowałam skupić się na treści, ale moje myśli zaraz szybko odpływały i biegały jakimiś nieznanymi dróżkami, więc jeśli teraz ktoś spytałaby się mnie o czym dokładnie była "Szeptucha" to nie potrafiłabym odpowiedzieć na zadane pytanie. 

Dla mnie czytanie "Szeptuchy" było katorgą. Nie mogę znaleźć nawet jednego pozytywu. Nie dość, że zmarnowałam czas to jeszcze nic z niej nie wyniosłam. Ze swojej strony radzę omijać baaardzo szerokim łukiem. Jest przecież tyle innych ciekawych książek. 
  
* - pochodzi z okładki

Za egzemplarz oraz okazane mi zaufanie serdecznie dziękuję wydawnictwu MG.


Wesołego Alleluja! :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

"Dźwięki wspomnień" - Katarzyna Meres


"Mówi się, że każdy z nas pewnego dnia znajdzie osobę, która pokaże nam, czym jest prawdziwa miłość."


Czasami trafiasz na książkę, której autora dobrze znasz. Nieważne, że tylko blogowo i na podstawie kilku mailów. Ale znasz. Jeszcze przed przeczytaniem "Dźwięków wspomnień" Katarzyna Meres była dla mnie nieocenionym źródłem rad,  więc zżerała mnie ogromna ciekawość jak recenzentka poradziła sobie pisząc własną książkę. Spodziewałam się czegoś miłego, lekkiego, przyjemnego i do poczytania, ale... nie spodziewałam się, że będę miała do czynienia z czymś aż tak rewelacyjnym. Może i ta książka nie jest genialna, ale jest naprawdę dobra. 

"Życie jest krótkie, ale wystarczająco długie, aby ludzie zdążyli nas zranić. Każdy rani."

"Dźwięki wspomnień" to dwa króciutkie odpowiadania. Zawierające w sobie całą gamę uczuć, emocji i miłości. Pierwsze z nich to zapis przeżyć i najskrytszych myśli kobiety i mężczyzny, które zostały przelane na kartki pamiętnika. A drugie przybliża nam postać kobiety wspominającej swoją największą miłość. Myślę, że więcej już zdradzać nie trzeba, bo dodanie choć jednego słowa więcej może zepsuć Wam całą przyjemność z czytania. 

"Okazało się, że nasza miłość jest lepsza, niż sobie wyobrażałam - delikatna jak pajęcza sieć, szczera, cierpliwa, wybaczająca, a przede wszystkim ciągle ucząca się."

Widać ogromny przeskok pomiędzy obiema historiami. Zauważyłam, że większości bardziej podobała się ta druga, ale ja jestem odmiennego zdania. Wydawała mi się zbyt cukierkowa, zbyt idealna. Miłość, którą Kasia w niej przedstawia jest wprost nierealna, nie trzyma się ziemi. Nie sądzę, aby mogła wydarzyć się na tej planecie, może gdzieś w innym świecie, jak na przykład na papierze, ale nie w szarej rzeczywistości. Jednak jest w niej coś pięknego. Coś, co każe czytać dalej. Coś uniwersalnego. A do tego zawartego w tak pięknych słowach. Uczta dla duszy. 

"Wstyd mi za siebie. Codziennie się modlę, aby zobaczyć twoją twarz. A Ty nie przychodzisz do mnie we śnie..."

Jednak, tak jak wspominałam wyżej, najbardziej upodobałam sobie pierwszą. Przede wszystkim za kilkanaście zdań, parę fragmentów i kilka rozdziałów, które naprawdę trafiły głęboko do mojego serca. Są tak do bólu prawdziwe. Są tak urzekające. Są tak niezwykłe. Razem tworzą bardzo silną konstrukcję, której nic nie będzie w stanie zburzyć. Jestem pełna uznania dla autorki. Ze świecą można szukać osoby, która zdołałaby napisać tak cudownie o miłości, jak zrobiła to Kasia. Ta część książki to jedna z moich największych inspiracji. 

"Mogę tylko czytać między Twoimi słowami."

Chciałabym napisać coś jeszcze. Coś, co wyrazi wszystko co czułam czytając "Dźwięki wspomnień". Ale nie da się tego zrobić. "Nie ma odpowiednich słów, nawet najwięksi poeci nie umieją tego wyrazić słowami, mimo iż wiele lat próbują. Na pozór im się to udaje, ale w głębi duszy wiedzą, że tak się nie da." Gdyby wszystkie debiuty były tak udane, to świat byłby piękny.          

Za egzemplarz i okazane mi zaufanie serdecznie dziękuję 
Katarzynie Meres oraz wydawnictwu Novae Res.

środa, 16 kwietnia 2014

"Pokój na poddaszu" - Wanda Wasilewska


Kiedy zostaje im odebrane dzieciństwo... 


Po raz pierwszy "Pokój na poddaszu" autorstwa Wandy Wasilewskiej został wydany w 1939 roku. Książka opowiada o bardzo młodych ludziach, których los zmusił do szybkiego wkroczenia w dorosłość. Umarła bowiem ich matka. Anka, Zosia, Adaś i Ignaś są zdani jedynie na siebie i mogą liczyć tylko na to, że dopisze im szczęście. 

Tej krótkiej powieści, bo zaledwie stu stronicowej, wcale nie czyta się tak łatwo. Mimo, że dzieci zawsze udaje się uratować z opresji. Mimo, że ktoś zawsze zdoła im pomóc. Mimo, że pojawiają się w  ich życiu radosne akcenty. Mimo to wszystko łapie człowieka dojmujący smutek. Dlaczego właśnie oni? Czemu to Ania musi zastąpić swojemu rodzeństwu matkę?
Nie macie pojęcia jak bardzo było mi żal Ignasia, kiedy przeczytałam o tym, że tak się poświęcił i... 

Wasilewska posługuje się z jednej strony prostym i dość przyjemnym piórem, bo zawierającym przeważającą liczbę dialogów, a z drugiej odbierałam je po trosze jako sztuczne. Brakowało w nim pewnego rodzaju "rozmachu". A działania bohaterów zawsze były takie  d o b r e, takie godne przykładu. Anielskie dzieci. Jednakże wiem, że tak miało być. Więc wybaczam.

Ale nie mogę wybaczę tego, że autorka użyła tak małej ilości wyrazów, aby wszystkie wydarzenia opisać. 
Powinna użyć znacznie więcej. 
Powinna zaserwować choć ciut więcej opisów. 
Powinna skupić się na lepszej charakterystyce bohaterów. Tak żeby czytelnik mógł ich lepiej poznać. 
Powinna powiedzieć coś jeszcze na temat Chaimka. 
Powinna oddać coś jeszcze odnośnie Helenki. 
Tak dużo rzeczy powinna zrobić, a nie zrobiła. 

A może jednak lepiej wybaczyć? Może tak było zaplanowane? Tak miało być? 

Bo gdyby było inaczej...
"Pokój na poddaszu" nie byłby tą książką, która leży teraz przede mną. 
Byłby inną, nieznajomą książką.
Która wcale a wcale nie musiałaby okazać się dobra. 
Ojej...

niedziela, 13 kwietnia 2014

"Ignite me" - Tahereh Mafi

"Ignite me" ma swoją premierę dopiero w maju tego roku, a więc w swojej opinii używam oryginalnego tytułu, okładki oraz cytatów. Ale książkę ktoś mi przetłumaczył. 

Starałam się nie spoilerować, ale jak przez przypadek powiedziałam za dużo to przepraszam!

"Ignite, my love. Ignite."


O tak.

Nadal marzę, że uda mi się ukraść styl Mafi, wykorzystać go do własnych celów, a potem jej go oddać, nienadającego się już do niczego.
Rozpadam się widząc pierwsze zdanie.
"I am an hourglass."
Wtedy zaczyna zżerać mnie zazdrość. Tak duża, tak mocna, wręcz nie do opisania.
Dlaczego?
Dlaczego ja nie mogę tak pisać?

"My bones, my blood, my brain freeze in place, seizing in some kind of sudden, uncontrollable paralysis that spreads through me so quickly I can`t seem to breathe. I`m wheezing in deep, strained inhalations, and the walls won`t stop swaying in front of me."

I znowu. Znowu. Znowu!
Mafi, jak możesz!?

"I grieve nothing. I take everything."

I po raz kolejny zastanawia mnie co takiego kryje się w tych słowach. Każde z nich wydaje się idealnie dopasowane, idealnie wczepione i złożone w zdanie. A razem one wszystkie tworzą niemal... muzykę. Nieziemską melodię. Cała książka to jeden wielki dźwięk, tak głośny, że niemal może rozsadzić uszy. Zatykam je, przykrywam rękami, i kręcę kręcę kręcę głową. A myśli, tak, one tańczą w alei po prawej stronie, gdzie zawsze świeci słońce.

"Stop. 
Stop time. 
Stop the world." 

Tak właśnie się stało. Przepadłam. Odpłynęłam na jakimś nieznanym mi statku i wrócę dopiero gdy skończę czytać. Albo nie. Wrócę dopiero wtedy gdy zdołam się otrząsnąć po tej emocjonalnej bombie. Wrócę kiedy już będę gotowa. Kiedy nacieszę się naiwnością tej historii, jej cudownym szczęśliwym zakończeniem i całym wymiarem tej rozbrajającej bajeczki. "I think (...) my heart is going to explode."

Szkoda tylko, że autorka poszła na łatwiznę. Ruszyła najprostszą, najłatwiejszą drogą. Bo fani chcieli. Krzyczeli. A większość czytelników posiadających szósty zmysł wiedziała jak to się skończy. Wymarzyła sobie swój własny przecudowny koniec, a teraz oczekują tylko oficjalnego potwierdzenia swoich domysłów. Kochani, chciałabym Wam powiedzieć coś więcej, ale... NIE POWIEM. Jednak z drugiej strony. Czy to nie było zaplanowane od pierwszej części? Czy czasem Mafi nie zwodziła nas wszystkich żeby później nimi wstrząsnąć, chwycić za serce i i i nie oddać go go go już nigdy więcej? Klucza do rozwiązania tej zagadki poszukajcie sami. Nie wiem czy wolicie spacerować, biegać, tańczyć, śpiewać, skakać czy też po prostu odpoczywać, ale zapewniam, że TU każdy znajdzie coś dla siebie. Kochani, od czego jest wyobraźnia?   

Już od dawna nie czytałam tak wyśmienitej książki. Tak pysznej. Po skończeniu jej coś we mnie poszło z dymem. Spaliło się. "And something inside of me shatters." Nie mam pojęcia jak to odzyskać. Mogę próbować kartkowania tysiąca innych powieści, oglądania tysiąca filmów i rozszyfrowywania tysiąca innych zagadek, ale wiem, że to nie będzie to samo.

Bohaterzy ulegli diametralnej przemianie. Julia, Adam i... Warner nie są już tymi samymi postaciami, którymi mogli się wydawać w pierwszej części. W "Ignite me" możemy poznać o nich całą prawdę, zrozumieć ich działania i tok myślenia. Sama Julia bierze się w garść, staje się silna, wierzy, że osiągnie swój cel i... walczy na wszelkie możliwe sposoby. Natomiast Adam, więc on... eee, jest idiotą, choć to i tak mało powiedziane. Jest kompletnym debilem, ciotą i marną imitacją pingwina. Nienawidzę go tak bardzo, że każdy fragment, w którym występuje podnosi mi ciśnienie. Jejciu, najgorsza, najbardziej mdła i irytująca postać z jaką spotkałam się w literaturze. Fuj! Ale Warner, tu już jest o niebo (dwa nieba!) lepiej. Autorka poświeciła mu masę czasu, widać wyraźnie, że w kreację jego charakteru włożyła dużo wysiłku. Jeśli możliwe jest zakochanie się w bohaterze literackim, to ja właśnie się zakochałam. 

Ach, zapomniałam wspomnieć o tym, że w tej części brakuje skreśleń. Brakuje ich, bo Julia już wie czego chce. Podjęła decyzję i nie tłumi w sobie myśli, nie ukrywa ich sama przed sobą. Teraz głośno krzyczy. Nie zamierza przestać.    

"- You know - he whispers, his lips at my ear - the whole world will be coming for us now. 
I lean back. Look into in eyes.
- I can`t wait to watch them try."

Przepraszam, ale nie jestem w stanie pisać dalej. Mafi ukradła mój osobisty słownik.

piątek, 11 kwietnia 2014

"Dary Anioła. Miasto upadłych aniołów" - Cassandra Clare

BYŁA MIŁOŚĆ. JEST MIŁOŚĆ
BYŁA KREW. TERAZ JEST WIĘCEJ KRWI
NIE BYŁO ZDRAD. TERAZ SĄ ZDRADY
I ZEMSTA
TO DOPIERO POCZĄTEK

Czwarty tom serii "Dary Anioła" pojawił się w moim czytelniczym życiu wtedy, kiedy go najbardziej potrzebowałam. Kiedy potrzebowałam czegoś, co sprawiłoby, że rzeczywistość zniknie. Czegoś, co będzie tak nieskończenie absorbujące, że wszystko oprócz tej książki rzucę w kąt. Czegoś, co wcale nie musi być genialne, aby można się było tym zachwycać. Nie macie pojęcia jak to miło usłyszeć w środku ten piszczący głosik rozhisteryzowanej nastolatki, której nie trzeba dużo, aby mogła kipieć szczęściem. Bo ja, gdzieś tam w środku nadal nią jestem. I tak, fantastyka jeszcze mi się nie przejadła!


Kiedy ja czytałam "Miasto szkła"? Ach, no tak! Bardzo dawno temu, w czerwcu tamtego roku. Zastanawiałam się więc czy jest w ogóle sens czytania teraz dalej skoro: 
a) dużo zapomniałam; 
b) zmienił mi się gust;
c) blogosfera krzyczy, że to najgorsza część i do tego pisana na siłę!
Przeczytałam. Odpowiadam: 
a) rzeczywiście troszkę, ale wystarczająco dużo pozostało w mojej głowie, abym mogła biegle orientować się w zaistniałych sytuacjach i ich powiązaniach z poprzednimi tomami;
b) jaka bzdura, teraz to sobie uświadomiłam, jak już raz jakaś książka mi się spodoba, to jestem za nią do końca;
c) gdzie? w którym miejscu!?

No dobra, dobra, dobra, dobra... 
Może i wkurzyłam się, bo Simona jest stanowczo za dużo. Denerwowałam się na bieg wydarzeń i na to, że autorka chyba nie ma serca dla swoich czytelników, no przesada, cały czas obrywa Jace, a to moja ulubiona postać i chcę nie pozwalam buntuję się rozkazuję, aby żył sobie gdzieś tam szczęśliwie. A nie, jak jest lawina, to najwięcej kamieni spada na niego. 

Po raz kolejny nie mam pojęcia co takiego widzę w "Darach Anioła"...
Tłuką się, biją, zabijają, wskrzeszają (?), gryzą, rozszarpują na strzępy. 
(To u góry służy jedynie zbudowaniu dramatycznej atmosfery. Demonów wcale nie było aż tak dużo.)
Mamy wampiry, wilkołaki, NOCNYCH ŁOWCÓW i innych...
(To DRUKOWANYMI najlepsze.) 
I jest wątek romantyczny! 
(uhuhuhuhu!!)
Okej, wygraliście, ten wątek to właściwie sens tej historii. 
Okej, czytam tylko ze względu na ten wątek. 
No przecież się przyznałam! 
(Niech Wam będzie, uwielbiam Jace`a, ale cicho sza. To tajemnica.) 
Clary też niczego sobie, ale mogłaby mieć lepszy charakterek, no i nie obraziłabym się gdyby zabrała Simonowi narrację, bo facet przynudza. 
Szkoda, że nie można mieć wszystkiego.

Oraz, jako smaczek, taki oto piękny cytat.

"L`amor che mwove il sole e l`altre stelle."*

Pani Cassandro, jak pani mogła? No jak!? Jak można zakończyć książkę w takim momencie? Jak? Właśnie się na panią obraziłam, pani Clare.

Dobrze, że "Miasto zagubionych dusz" już czeka na półce! Ha!

* - "Miłość jest najpotężniejszą siłą na świecie." 

Rozdawajka urodzinowa!

1. Organizatorką rozdania jestem ja, Kinga G., autorka bloga "Magiczny zakątek".
2. Nagrodami są książki "Zabójczy Księżyc" oraz "Mroczna bohaterka. Kolacja z wampirem".
3. Czas trwania rozdawajki to 11.04 - 11.05. do godz. 23:59. Zgłoszenia oddane po tym czasie nie będą brane pod uwagę. 
4. Zwycięzcy zostaną poinformowani drogą mailową i będą mieli 3 dni na podanie adresu do przesyłki, w przypadku gdy np. jedna z osób nie odpowie zwycięzca zostanie wylosowany ponownie. 
5. Nagrody wysyłam tylko do osób zamieszkałych w Polsce.
6. Nagrody zostaną wysłane do zwycięzców w czasie dwóch tygodni od podania adresu do przesyłki.
7. Nagrody nie podlegają wymianie.
8. W konkursie nie mogą brać udziału osoby anonimowe.
9. Zwycięzcy zostaną wyłonieni poprzez losowanie.
10. W razie nieścisłości proszę pisać na - kinga.godowska@vp.pl



W komentarzu pod tym postem należy: 
1. Wyrazić chęć wzięcia udziału np: zgłaszam się!, biorę udział!, mocno chcę! itd.
2. Podać swój nick np: Kinga G.
3. Podać swój adres email.
4. Umieścić baner konkursowy na swoim blogu i podać link.
5. Dodać blog "Magiczny zakątek" do obserwatorów. 
6. Jeśli posiadasz konto to także do kręgów Google+. 
7. Polubić stronkę bloga na facebooku - LINK.
8. Napisać, którą książkę się wybiera. 

Gotowe! Życzę powodzenia! :) 

wtorek, 8 kwietnia 2014

"Magiczny zakątek" ma już ROK!

Dzisiaj z ogromną radością informuję, że udało mi się przetrwać rok w blogosferze. To dla mnie wielki sukces, bo nie sądziłam, że wytrzymam aż tyle czasu. Muszę przyznać, że jestem z siebie dumna. Gdy zakładałam bloga nie spodziewałam się, nawet nie śmiałam marzyć, że zostanę przez Was tak ciepło przyjęta. Z szokiem patrzyłam na wciąż rosnącą liczbę statystyk i... nadal zastanawiam się dlaczego. Ale już nie będę pytać, uznajmy, że... rozumiem. :)

Chciałam stworzyć bloga, który będzie się wyróżniał. W pewien sposób to osiągnęłam, bo w czasach kiedy każdy goni za nowościami wydawniczymi ja wolę wracać do starych zapomnianych lektur. Pisząc o nich mam nadzieję, że ktoś jednak pójdzie do biblioteki, wypożyczy i zanurzy się w dawno minionych czasach. Rozumiem, że w większej mierze ciągnie nas do nowości, ale nowe nie znaczy lepsze. 

Najbardziej wbiły mi się do głowy dwa zdania, ale ich tu nie przytoczę, zastanawiajcie się o co chodzi. Jednakże dziękuję za wszystkie ciepłe słowa, każdą nawet najmniejszą pomoc i cenne rady, a także otuchę, którą mnie obdarzyliście w tym zakątku w sieci. 

Jako pierwszą muszę wyróżnić Mery, która przez ten rok stała się moim największym autorytetem; moją największą inspiracją. A jej słowa, że "roczny blogger już nie raczkuje!" autentycznie mnie dobiły. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie co poniektóre rzeczy.
Dziękuję osóbce o nicku Ema Pisula (chciałam napisać o niej Emilia, ale nie pozwala tak do siebie mówić) za niezliczone rozmowy, za bezgraniczną miłość, którą obydwie obdarzyłyśmy "Przeminęło z wiatrem". 
Jestem wdzięczna Asi Pałasz za to ile musiałam się namęczyć, aby podtrzymać ją na duchu. Dobra, ja jej nie podtrzymywałam tylko zareagowałam dość krzykliwie. Ale najważniejsze jest to, że możemy w nieskończoność kłócić się na temat twórczości K. Michalak. 
Dziękuję Marzence P. za to, że ma całkowicie inny gust niż ja. Towarzyszy mi od początku mojej blogowej przygody; była pierwszym obserwatorem, dodała pierwszy komentarz. 
Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie przyszła mi z pomocą Karolina Pająk. W końcu zawdzięczam jej szablon, który gościł na blogu jeszcze do niedawna oraz ten nagłówek, który jest teraz.
Tak samo dziękuję Katarzynie Meres, na której pomoc zawsze mogę liczyć. Dzięki Tobie, kochana, zaczęłam pisać i uwierzyłam, że uda mi się to skończyć. 
Oraz Oli C., która zakuwa niemiecki będąc na fb i nominuje mnie do dziwnych zabaw, a później wymyśla głupoty.
Basi Pelc za to, że nie znosi koloru fioletowego, ale mimo to wpadała do mnie cały czas.  
Antonina Everdeen sprawiła, że bardzo chętnie poszłabym sobie z nią na herbatkę, pogadać i pospacerować, ale mogę się z tym pożegnać, bo pewnie mieszka gdzieś daleko ode mnie. Dlaczego blogerzy książkowi są rozrzuceni po całej Polsce?  
Podziękowania składam również Paula Ath, której ostatnio jest w blogosferze mniej, ale na pewno powróci z nową energią.
  
Obiecana niespodzianka będzie może jeszcze w tym tygodniu. Tylko nie wiem jeszcze którego dnia, bo przeraża mnie ilość nauki, aż nie wiem gdzie mam ręce wsadzić. I przy okazji przepraszam, naprawdę mi głupio, bo w ogóle nie wchodzę na Wasze blogi, postaram się to zmienić. 

Pozdrawiam bardzo serdecznie, 
Kinga G. 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

"Pani na Mellyn" - Victoria Holt

Co się stało z Alice?

Kto obdarował tę książkę tak wyjątkowo paskudną okładką? Jak mógł!? Czytał w ogóle to, co znajduje się w środku? Nie wydaje mi się. To niewyobrażalny błąd, bo mogę się założyć, że okładka odstraszyła większość potencjalnych czytelników tej powieści, którzy prawdopodobnie uciekli na jej widok gdzie pieprz rośnie. Szata graficzna nawet w najmniejszym stopniu nie obrazuje treści.

Eleanor Hibbert to niezwykle płodna autorka, napisała bowiem ponad sto powieści pod różnymi pseudonimami, a najbardziej znane to: Jean Plaidy, Victoria Holt, Philippa Carr, pisała także jako Eleanor Burford, Elbur Ford, Kathleen Kellow, Anna Percival oraz Ellalice Tate.

"Panią na Mellyn" jako pierwsza przeczytała moja mama, której książka musiała niezwykle przypaść do gustu, ponieważ gorąco zachęcała mnie do zapoznania się z lekturą, a jako że nie miałam akurat nic innego pod ręką stwierdziłam, że skorzystam z okazji.

Dwudziestocztero letnia Marthy Leigh nie ma widoków, aby wyjść za mąż, więc przyjmuje posadę guwernantki w rezydencji Mount Mellyn. Jej wychowanka, Alvean, sprawia na początku kłopoty, jednak z czasem ośmioletnia dziewczynka zaczyna dogadywać się z kobietą, a najbardziej zbliżają je do siebie lekcje konnej jazdy. Jednakże z czasem Marty popada w obsesję dotyczącą pierwszej pani TreMellyn, Alice, do której jest bardzo podobna...

Książka pozytywnie mnie zaskoczyła, nie spodziewałam się, że okaże się tak dobra. Pod wieloma względami przypomina mi "Rebekę" Daphne du Maurier, nie chodzi tu o fabułę i bohaterów, ale o wrażenia, które wywarły na mnie obydwie powieści. Są lekkie, przyjemne, no i zadziwiająco szybko się je czyta. Mają taki specyficzny i tajemniczy klimat, który nie sposób opisać zwykłymi słowami. Bohaterowie są tacy żywi, czasami miałam wrażenie jakby zaraz mieli wyskoczyć z kartek. A opisy, stworzone przez tak lekkie pióro, podczas czytania sprawiają niewysłowioną przyjemność. Dialogi również na dobrym poziomie, można wręcz pozazdrościć Holt literackiego kunsztu. 

Najbardziej upodobałam sobie Alvean, dziewczynkę, której każde pojawienie się dodawało książce smaku, zdecydowanie jest to najbarwniejsza postać tej historii. Na początku była wymalowana ciemnymi kolorami, ale później dzięki pannie Leigh jej osobowość nabrała zupełnie nowego jasnego wyrazu. Sama guwernantka nie zaskarbiła sobie mojej sympatii. Czytałam i stwierdzałam, że "Ta kobieta nie ma w sobie życia!". Może to i dziwne, ale nie lubię uporządkowanych, dobrych i nieskazitelnych ludzi, a tym bardziej książkowych postaci. Tacy nie dość, że są denerwujący, to jeszcze niesamowicie nudzą. 

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Eleanor Hibbert wypadło bardzo dobrze, oczywiście w wolnej chwili pójdę przetrząsnąć bibliotekę w poszukiwaniu innych jej książek, a Was tymczasem gorąco zachęcam do upolowania "Pani na Mellyn". Udajcie, że nie dostrzegacie tej szpetnej okładki.