"- Nic mnie to nie obchodzi - oświadczyła Clary. - On by to dla mnie zrobił. Tylko powiedz, że nie. Gdybym zginęła...
- Spaliłby cały świat, żeby móc wykopać cię z popiołów."
Piąty tom serii "Dary Anioła" czytałam dość długo. Czytałam wieczorami, gdy fabuła stawała się tak nieskończenie interesująca, że nie można się było oderwać. Czytałam trochę w południe i rano przekartkowywałam. Ale... czytałam pomiędzy innymi książkami, bo nie umiałam skupić się całkowicie na "Mieście zagubionych dusz". Cały czas mi coś nie pasowało.
Co się stało z tą serią, którą znałam i lubiłam wcześniej?
Zmieniła się. Na gorsze.
Mówi teraz o tym, że Jace stał się sługą zła związanym na zawsze z Sebastianem i prawie nikt już nie wierzy, że można go uratować. Poczytałam sobie trochę jak Clary się użala, że Jace nie jest jej prawdziwym Jacem. O dziwnej relacji Aleca i Magnusa (nie jestem niestety tolerancyjna w tego rodzaju sprawach), która mnie niesamowicie irytowała. Był też wątek Mai i Jordana, który nic do fabuły nie wnosił i okazał się całkowicie niepotrzebny, a do tego nieciekawy. Chyba służył jedynie po to, aby powieść miała większą objętość. A uwierzcie, że przez te 550 stron właściwie nic się nie dzieje. Jeśli chodzi o Isabelle i Simon`a to czy ten wątek nie jest czasem trochę, hm, wymuszony? No bo sorry, ale ci bohaterzy nie mogli się aż tak zmienić! A najbardziej Iz, to już nie jest ta sama dziewczyna, którą poznaliśmy w pierwszych trzech tomach. Natomiast Simon stał się w miarę znośny. Ale nie zmienia to faktu, że i tak go nie lubię.
"Moje serce jest twoim sercem. Moje ręce twoimi rękami."
Styl jakim posługuje się Cassandra Clare jest miły, lekki i przyjemny, ale jak dla mnie zbyt... prosty? Bo ja do historii tego typu chciałabym pióra barwnego, kwiecistego i takiego, którym można będzie się zachwycać. Cały wykreowany przez autorkę świat jest bardzo ciekawy, ale... nigdy nie potrafiłam go sobie dokładnie wyobrazić. Potrzebuję więc pióra, które podziała na wyobraźnię. Takiego, które zaserwuje jakieś ładne opisy, a tu... tego nie ma. Za to dialogi wychodzą pisarce naturalnie i dość zgrabnie. Sprawia to, że czyta się w niemal zabójczym tempie.
"Chyba zawsze brakowało mi kawałka duszy i znalazłem go w tobie."
Właściwie to nie wiem co myśleć o tej książce. Było znośnie, ale mogło być znacznie lepiej. Mam wrażenie jakby autorka pisała na siłę i przeciągała wszystko jak tylko się da. To nie jest to, co znalazłam w "Mieście kości". Jedynym moim pocieszeniem jest fakt, że czeka nas jeszcze finał i może... Może zwali on czytelników z nóg?



