Chęć aby przeczytać pierwszą napisaną przez Stephenie Meyer książkę miałam od dawna, rozmyślałam nad zakupem (jak bardzo się cieszę, że tego nie zrobiłam), a kiedy dowiedziałam się, że została przywieziony do biblioteki czym prędzej wypożyczyłam.
Nasz świat został opanowany przez niewidzialnego wroga, Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich normalne życie. Jedną z ostatnich niezasiedlonych, wolnych istot jest Melanie. Wpada jednak w ręce wroga, a w jej ciele zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Intruz bada myśli poprzedniej właścicielki ciała w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa duszy coraz to nowe ukochanego mężczyzny, Jareda., który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, który miał być jej wrogiem. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, którego obie kochają.
Jeszcze NIGDY nie wymęczyłam się tak strasznie czytając jakąkolwiek z książek, a tę na pewno zachowam w pamięci, bo wywołała we mnie wiele negatywnych emocji i gdy tylko ją otwierałam miałam ochotę zasnąć.
Może i nie powinnam pisać teraz o "Intruzie", bo:
❦ Nie przeczytałam go do końca, zacięłam się na 308 stronie.
❦ Nie potrafię go subiektywnie ocenić, nawet na podstawie tego co już przeczytałam.
❦ Ominęłam stanowczo za dużo treści.
Tak się teraz zastanawiam, może ja jestem jakaś nienormalna? Cały świat się „Intruzem” zachwyca, a ja nie daję rady go nawet przeczytać. I nie miał wpływu na to fakt, że to cegła, a nie książka, bo już kiedyś przebrnęłam przez grubsze. Nie wiem, może gdybym jeszcze trochę poczytała, tobym się wciągnęła? Ale ważne jest dla mnie to, że dziś jest już trzeci dzień od kiedy się morduję z tą historią, a czas ten mogłabym poświęcić na coś co mnie zainteresuje i spędzić go przyjemnie, a nie go tracić.
Czytając przechodziłam fazy:
❦ Yyy... o co chodzi?
❦ Chyba mi się spodoba.
❦ O rany, jakie nudy!
❦ Monotonia, nudy, jedno i to samo, monotonia, nudy, jedno i to samo, i tak dalej, i tak dalej...
❦ O! W końcu coś się dzieje!
❦ Dwie strony akcji i znowu powtórka z rozrywki czyli: monotonia, nudy, jedno i to samo...
❦ A może by przestać to czytać?
❦ Nieee, bo już tyle czasu zmarnowałam...
❦ Błysk nadziei...
❦ Załamanie....
❦ Koniec! Mam dość!
Powiem szczerze – pomył jest genialny, ale wykonanie tragiczne.
Chyba jestem jedyna w swojej negatywnej ocenie, więc kochani, mimo mojego narzekania - czytajcie!
Jestem zawziętą osobą i jeśli obiecam sobie, że daną książkę przeczytam to tak się stanie, ale tu.... wymiękłam. A najdziwniejsze dla mnie jest to jak Pani Meyer potrafi świetnie pisać: o niczym, przeciągle (opisy jak Wanda się kąpie – cała strona, jak je – cała strona, jak się ubiera – cała strona, jak toczy z Melanie dyskusję o niczym, – cała strona itp...).
Dziękuję za uwagę.
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Stron: 556
Przeczytane: Niedokończone
Moja ocena: Bez oceny

